Łysa Góra w Górach Kaczawskich nigdy nie była wysokogórskim kurortem. Górne stacje wyciągów narciarskich znajdują się tu na wysokości 680 metrów nad poziomem morza – wysokości pięknej krajobrazowo, ale wymagającej dla sportów zimowych. Przy stabilnych, mroźnych zimach śnieg potrafił utrzymywać się na północno-wschodnich, zacienionych stokach nawet przez 80–90 dni. Jednak wystarczyło niewielkie ocieplenie, by ta równowaga zaczęła się chwiać. Statystyki od lat były nieubłagane: średnie temperatury stycznia i lutego oscylowały tu zaledwie nieznacznie poniżej zera. Każda zima cieplejsza od przeciętnej oznaczała szybkie topnienie pokrywy śnieżnej i coraz większą niepewność sezonu.
Pierwszy wyraźny sygnał nadchodzących zmian przyniosły lata 2007–2008. Zimy stały się krótsze, bardziej wilgotne, z długimi okresami dodatnich temperatur.Funkcjonowanie stacji narciarskiej coraz częściej zależało od pojedynczych, krótkich epizodów mrozu – kiedy armatki śnieżne mogły pracować i sypać sztuczny śnieg. Wtedy jeszcze udało się przetrwać – dzięki nadzwyczajnym działaniom ratunkowym i determinacji zarządzających.
W kolejnych latach sytuacja nie poprawiała się. Zimy bywały nieregularne, przerywane długimi odwilżami. Coraz częściej zdarzały się sezony, w których przygotowanie tras było możliwe tylko przez kilkanaście lub kilkadziesiąt dni. Szczególnie dotkliwy okazał się sezon 2013/2014. Wyciągi na Łysej Górze działały łącznie zaledwie przez 17 dni. Aby zrealizować zaplanowane zajęcia, dzieci, młodzież i instruktorzy zmuszeni byli do pieszych wycieczek lub wyjazdów do innych ośrodków narciarskich. Pomimo tych trudności udało się podtrzymać tradycję i zorganizować cykliczne imprezy sportowe, choć już w warunkach dalekich od zimowej normalności.
Ciepła zima 2013/2014 okazała się punktem krytycznym. Rzadko były włączane armatki (ze względu na brak mrozu – za wysokie temperatury). Brak śniegu przełożył się bezpośrednio na dramatyczną sytuację finansową. W marcu 2014 roku, podczas nadzwyczajnego zebrania, po analizie stanu ekonomicznego zasugerowano najbardziej radykalne rozwiązania. Aby ratować działalność, ograniczono koszty, zwolniono pracowników i rozpoczęto poszukiwanie nowej formuły funkcjonowania. Jesienią 2014 roku powołano do życia spółkę, która miała być próbą dostosowania się do zmieniających się realiów klimatycznych i rynkowych. Na papierze był to nowy początek, w praktyce – walka z czynnikami, na które nikt nie miał realnego wpływu.
Bo pomimo tego, że stoki Łysej Góry były już naśnieżane nowocześniejszym sprzętem, to temperatury „grubo powyżej zera” w środku zimy powodowały szybkie zanikanie pokrywy śnieżnej. Nawet najlepsze decyzje organizacyjne nie były w stanie zmienić faktu, że sezon zimowy skracał się z roku na rok. Kolejne zimy po 2014 roku były jeszcze słabsze, krótsze i bardziej bezlitosne. Do około 2017–2018 roku stało się jasne, że utrzymanie pełnowymiarowej działalności narciarskiej w tych warunkach nie jest już możliwe.
Upadek stacji narciarskiej i jednej z najstarszych szkół narciarskich w regionie nie był skutkiem błędów ludzi, braku zaangażowania czy kompetencji. Był konsekwencją zmian klimatycznych, które szczególnie mocno uderzyły w nisko położone ośrodki. Łysa Góra przegrała nie z zarządzaniem, lecz z ociepleniem. Zjawiskiem silniejszym od planów, inwestycji i wieloletniego doświadczenia.
Dziś słabo ośnieżone stoki, które widać na archiwalnych i współczesnych obrazach, są czytelnym świadectwem tamtych procesów. To nie tylko lokalna historia jednego miejsca, lecz fragment szerszej opowieści o tym, jak zmieniający się klimat redefiniuje sens zimy w górach średnich. Łysa Góra pozostała w pamięci, na fotografiach i we wspomnieniach kolejnych pokoleń – jako miejsce, które przez lata żyło zimą, aż zima zaczęła odchodzić.
W skrócie
Łysa Góra – 680 metrów nad poziomem morza
Łysa
Góra nigdy nie udawała, że jest czymś więcej, niż była naprawdę.
Wysokość 680 metrów nad poziomem morza (na tej wysokości są górne
stacje wyciągów) to piękne przestrzenie widokowe, ale kapryśna wysokość
dla narciarstwa.
Zimą potrafiło tu być bajkowo – śnieg zostawał długo
na północno-wschodnich stokach, czasem przez całe 80–90 dni. A jednak w
cieplejsze sezony biel znikała szybko, jakby ktoś ją wycierał
niewidzialną dłonią. Statystyki mówiły swoje – średnia stycznia i lutego
nieznacznie poniżej zera – a my i tak patrzyliśmy w niebo z nadzieją,
że mróz jeszcze zechce do nas wrócić.
2014 – rok, w którym popękały fundamenty
Rok
2014 wchodził w moje życie bez litości. Wtedy jeszcze byłem w pełni sił
– fizycznych, życiowych, zawodowych. A jednak czułem, jakbym tracił
grunt pod nogami.
Ciepłe zimy zaczęły przyduszać Mikrostację Sportów
Zimowych Łysa Góra, a wraz z nią – naszą szkołę, nasz klub, całe dzieło,
które rosło przez dziesięciolecia pracy tylu ludzi.
Aesculap tracił płynność finansową. Trzeba było ratować to, co jeszcze można było uratować. Zwolniono pracowników – także mnie. I nagle – po czterdziestu latach rytmu pracy, odpowiedzialności, działania – nastała cisza, która dzwoniła w uszach.
Moja mama i Joanna Ceglińska próbowały
zatrzymać to, co zaczynało się osuwać. Teresa, wieloletnia prezes, wraz z
młodą następczynią szukały rozwiązania, które mogłoby odwrócić los. 23
października 2014 roku powstała spółka „Łysa Góra”.
Na papierze – początek nowego rozdziału. W sercu – niepokój, który trudno było wygłuszyć.
Zielone stoki w snach
Pamiętam
tamten koniec wakacji. Byłem już poza etatem, poza strukturą, poza tym
wszystkim, co przez lata nadawało mojemu życiu kierunek. Zielone stoki
śniły mi się po nocach – wbrew naturze, wbrew sezonowi.
Pierwszy raz w życiu musiałem nazwać coś, co dotąd wydawało mi się abstrakcyjne: porażkę. I to taką, na którą nie miałem wpływu.
Zimę z 2014 roku zapamiętam jako zimę bez zimy. Jakby ktoś wymazał całe moje zawodowe życie jedną kreską odwilży.
Kiedyś – wszystko było możliwe
A jednak przecież pamiętam inną Łysą Górę. Tę z czasów, kiedy wszystko było świeże, nowe, pełne wiary.
Szkołę budowali ludzie, którzy wierzyli w sens pracy. W wizję mojego taty:
„wychowanie przez góry dla gór”.
Byliśmy
zespołem – instruktorów, konstruktorów wyciągów, działaczy, marzycieli.
Budowaliśmy rzeczy, które innym wydawały się nie do zrobienia.
Współpraca
z Zakładem Budowy Kopalń w Lubinie pozwoliła postawić wyciągi, budynki,
przygotować trasy. Każdy metr nartostrady był konsekwencją czyjejś
pracy, uporu, wiary, że warto.
Ciężko w kilku zdaniach opisać tamten czas.
Najbliżej prawdy będzie chyba to:
że czuliśmy się prowadzeni, jakby ktoś tam na górze miał dla nas plan.
Cień, który rósł wraz z ociepleniem
Tyle że wszystko, co zbudowaliśmy, opierało się na jednym kruchej podstawie: na śniegu.
Na pogodzie.
Na czymś, czego nie dało się ani kupić, ani zaprogramować.
Wysokość 680 metrów nad poziomem morza – piękna i zdradliwa – zaczęła przypominać o sobie coraz częściej.
W
2008 roku prawie upadliśmy. Uratowały nas pieniądze, które spadły „jak z
nieba”. Bez nich nie przetrwalibyśmy, mimo talentu organizatorskiego
Teresy Rażniewskiej.
Potem ster przejęła Joanna. Pracowała po swojemu: dokładnie, systematycznie, z wiedzą ekonomistki i sercem wychowanki Aesculapa. Modernizowała, ratowała, ciągnęła ten wóz dalej – nawet gdy teren stawał się coraz bardziej grząski.
2014 – powtórka koszmaru, tylko boleśniejsza
Ciepła zima przyszła ponownie, tym razem zabierając ze sobą znacznie więcej. Pieniędzy z nieba już nie było. Zaczęła się walka o przetrwanie – uczciwa i mądra, prowadzona przez ludzi, którzy znali każdy zakątek Łysej Góry, jej możliwości i ograniczenia. To była codzienność pozbawiona złudzeń, oparta na odpowiedzialności i ciężkiej pracy, często bez gwarancji powodzenia.
Z dzisiejszej perspektywy potrafię
spojrzeć na tamten czas z mieszaniną smutku i gorzkiej ironii. Decyzje
podejmowane wtedy miały swoją logikę, były wynikiem realiów, na które
nikt nie miał wpływu…
tu nie zawiedli ludzie.
EPILOG
A potem przyszły kolejne zimy. Jeszcze cieplejsze. Jeszcze krótsze. Jeszcze bardziej bezlitosne.
Spółka, która miała być ratunkiem, również nie zdołała przetrwać w starciu z klimatem.
W
latach 2014–2018 byłem już tylko instruktorem „na zleceniu”,
przychodzącym na zajęcia. Obserwowałem wszystko z boku – bez funkcji,
bez wpływu, z rosnącym bólem.
To nie był już Aesculap mojego Taty. To już była komercja – profesjonalna, nowoczesna, konieczna.
I nawet ona nie dała rady.
Ciepłe
zimy położyły na łopatki nie tylko stację Ski Arena Łysa Góra – tak
pięknie zapowiadającą się i tak chwaloną przez narciarzy – ale też jedną
z najstarszych szkół narciarskich w Polsce.
Szkołę zasłużoną, ważną dla Jeleniej Góry, dla całych pokoleń młodzieży.
Nie z winy ludzi.
Nie z braku pracy, serca czy kompetencji.
Oni zrobili wszystko, co było możliwe.
Walczono do końca – mądrze, odpowiedzialnie, z oddaniem.
Ale były rzeczy silniejsze od człowieka.
I
dlatego dziś Łysa Góra istnieje już tylko w naszych wspomnieniach, w
starych zdjęciach, w opowieściach przekazywanych tym, którzy przyjdą po
nas.
Może kiedyś znów ktoś tu stanie, spojrzy na stoki i poczuje to samo, co my czuliśmy kiedyś.
A może po prostu zostanie światło – to, które każdy z nas nosi w sobie po Aesculapie.
I ono nie zgaśnie nigdy.
Aesculap – historia pasji, pracy i ludzi
Przybliżyli góry ludziom | Rodzice, dzieci, instruktorzy | Co było słychać w Aesculapie | Szkoła i Klub - tu pracowałem | Aesculap w spojrzeniu prasy | Zimy, które nie przyszły | Aesculap w pigułce | Wspomnienie instruktora | Aesculap ma już 40 lat | Piękna Łysa Góra | Komunikaty narciarskie


